tocoinnego.pl na wakacjach część I – francuski epizod w Warszawie

Na początku lipca Park Skaryszewski w Warszawie stał się już po raz szósty mini-Francją. Byliśmy tam w celach poznawczych oraz by zakosztować specjałów, o których gdzieś tam było słychać, coś tam się czytało, ktoś już tego próbował, ale żeby tak na żywo i organoleptycznie… W sektorze gastronomicznym było tłoczno i dość intensywnie – foodtracki ciasno jeden za drugim, stoiska z przysmakami ściśnięte i oblepione kupującymi. Ale po stronie oferty wszystko jak należy: smacznie i w sumie niedrogo. No i najważniejsze: we francuskim stylu. Nam najbardziej przypadły do gustu egzotyczne zioła – w domu pachnie do dziś orientalną bazylią, jakże różną od tej, znanej ze stoisk w supermarketach. I flammekueche, czyli prosta, pyszna i na wskroś alzacka tarte flambée. Zapraszam na ucztę!

Tarte Flambée pochodzi z Alzacji, Francji przy granicy z Niemcami i Szwajcarią. W dialekcie mówionym w Alzacji, flammekueche oznacza „gotowane w płomieniach”. Francuskie słowo flambée ma podobne znaczenie. Tradycyjnie flammekueche, przygotowane z cienko rozwałkowanego ciasta, służył jako domowa przekąska lub przystawka, podawana ze szklanką schłodzonego białego alzackiego wina. Na większą skalę (mniej więcej od lat 60. XX wieku) produkcja flammekueche była z początku sposobem na wykorzystanie resztek ciasta, pozostałych po wypieku chleba. W piekarni zwijano niewielkie porcje ciasta i rozwałkowywano je na niemal przezroczyste placki i pieczono wykorzystując resztkę ciepła w piecu.

Ponoć jeden z bywalców restauracji w stylu alzackim działającej w Montrealu stwierdził: „jeżeli pizza i naleśnik miałyby dziecko, to byłaby nim tarte flambée!„. Z jednej strony kruchość ciasta do pizzy, z drugiej – grubość, a w zasadzie cienkość przywodząca na myśl klasyczne crepes… Jakkolwiek to nazwiemy, tarte flambée jest na północy Alzacji tym, co pizza na południu Włoch. Cienkie ciasto, posmarowane crème fraîche, z dodatkiem krojonych cebulek i kawałków wędzonej łopatki lub cienkich pasków wędzonego boczku, opiekane w tradycyjnym domowym piecu opalanym drewnem… Znawcy twierdzą, a ja mogę potwierdzić ich opinię, że kluczem do sukcesu tarte flambée jest oszczędne dawkowanie dodatków (warto uwzględnić gałkę muszkatołową, tymianek i bazylię oraz doprawić solą i pieprzem), a ciasto należy dopilnować tak, aby szybko się upiekło (pęcherzyki i brązowy kolor są niezbędne i dodają alzackiego klimatu!), ale nie spaliło. Smak i aromat będą niepowtarzalne, doznania fenomenalne!

Zatem czas na przepis. Będziemy potrzebować:

  • 300 g mąki pszennej;
  • 4 łyżki oliwy z oliwek;
  • 1 płaska łyżeczka soli;
  • 125 ml ciepłej wody

Z podanych składników należy zagnieść gładkie, elastyczne ciasto. Zawinąć w folię spożywczą i odstawić na 30 minut. Ciasto musi odpocząć, żeby uwolnił się gluten zawarty w mące. Z tej porcji otrzymacie 3 duże (wielkości blachy piekarnikowej) tarte flambée.

Jak wspomniałam wcześniej, klasyczna tarte flambée posmarowana jest sosem śmietanowym zrobionym na bazie crème fraîche z dodatkiem świeżych ziół, np. szczypiorku lub tymianku, ale sprawdzi się tutaj również zwykły śmietankowy serek lub – tak jak u nas – rozgniecione, obrane ze skóry pomidory z ziołami.


Rozwałkowany bardzo cienko (2-3 milimetry) placek lekko smarujemy sosem i układamy składniki. W oryginale bekon, pokrojona w piórka czerwona cebula, świeżo starta gałka muszkatołowa. Wyśmienite! Lub chorizo, czarne oliwki, mozzarella, pomidorki koktajlowe.

Pyszna jest również z pieczonym burakiem, serem kozim, posypana odrobiną suszonego czosnku i bazylii, albo z plasterkami gruszki i gorgonzolą. Tutaj możecie zaszaleć, wszystkie składniki są dozwolone. Pamiętajmy jednak – o czym była już mowa, że w przeciwieństwie do kompozycji na pizzy włoskiej, tarte flambée nie lubi zbytniego obłożenia dodatkami, ciasto w pustych miejscach wypełnia się powietrzem w trakcie pieczenia, tworząc fantastyczne (kosmiczne) pęcherzyki.

Nasze flammekueche pieczemy w piekarniku nagrzanym do 250 stopni Celsjusza, ustawionym na termoobieg. Czekamy, aż się pięknie zrumieni, tj. ok. 8-10 minut. Po upieczeniu pokroić na kawałki, skropić oliwą, posypać dla smaku rukolą, roszponką lub serem.

Smakuje świetnie! Każda kompozycja składników dostarcza nowych doznań, a że nie jest to pizza, najadacie się powoli, bez uczucia ciężkości. Świetny obiad w te wyjątkowo ciepłe dni!

To mały „przedbieg” naszych wakacyjnych inspiracji. Za tydzień część druga, a już wkrótce – coś innego na tocoinnego. Będziecie mile zaskoczeni! A tymczasem: czytajcie, próbujcie przepisów i cieszcie się smakami. Przesyłajcie swoje propozycje i opinie. Zaczynamy drugi rok naszego blogowania!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s