Pigwowiec – nalewkowy ideał

dnia

Pierwszy raz nalewkę z pigwowca przygotowaliśmy 2 lata temu. Owoce pochodziły z ogrodu naszych Przyjaciół z Sochaczewa. Później trafiliśmy na wyglądający na wpół zdziczały krzew pigwowca na końcu ogrodu mojej Mamy. Tylko tak wyglądał, bo owoce okazały się wyśmienite! A nalewki – obłędne! Potwierdzają to nie tylko nasi goście, których mieliśmy okazję częstować tym wspaniałym i nieznanym im napojem, ale także ci, którzy sami robią nalewki i mają porównanie. Więc korzystajmy z owocowego sezonu, dobrej pogody i postarajmy się o własne, pyszne i zdrowe nalewki.

Historia nalewek sięga średniowiecza, a zaczęła się od rosiczki, która uznawana była za skuteczny lek na różne choroby i ułomności. Kleista ciecz o miodowym zapachu, która wabiła motyle, pomagała wzmacniać organizm, dodawała energii i… rozweselała. Słynne rosolisy jako pierwsi zaczęli w XII wieku wyrabiać zakonnicy.

W 1505 roku opat Boyer sprowadził do swojego opactwa w Fécamp w Normandii mnichów z opactwa na Monte Cassino. W tej grupie znalazł się pochodzący z Wenecji brat Bernardo Vincelli, którego specjalnością były lekarstwa. Dzięki znajomości roślin oraz ówczesnych technik destylacji wynalazł wiele receptur na nalewki. Z tej tradycji wywodzi się lubińska Benedyktynka, której recepturę wymyślił o. Patryk, zwany Mistrzem Polskich Nalewek. Oparta na 21 składnikach ziołowych, posiada zdecydowanie leczniczy charakter, piękny miodowo-oliwkowy kolor, głęboki smak i bogaty bukiet aromatyczny.

Z zakonów lecznicze benedyktynki, miętówki i nalewki na kminku trafiały na plebanie i książęce dwory, gdzie urządzano specjalne pomieszczenia na ich przechowywanie, zwane apteczkami. Na dworach pracowały nawet Panny Apteczkowe, wyspecjalizowane w zbieraniu ziół, owoców i sporządzaniu nalewek.

Polską specjalnością były nalewki ziołowe i owocowe, a apteczkach królowała ratafia, nalewka na wielu różnych owocach dodawanych do gąsiora w miarę ich dojrzewania. W apteczce stały także wiśniówki, nalewki na śliwkach, smorodiny z czarnej porzeczki, pigwówki i malinówki, jarzębiaki, dereniówki, nalewki na arcydzięglu, jałowcu, a także na trawie żubrowej! Wielkim znawcą nalewek i nalewkowych akcesoriów był ponoć malarz Franciszek Starowieyski, który twierdził, że nalewka musi mieć co najmniej 45 % mocy, wtedy smak owoców dociera do kubków smakowych.

Nasz pigwowiec TAK MOCNY nie będzie, bo ma służyć do smakowania przez osoby, które nie są tak zaprawione w nalewkowych bojach, jak słynny Artysta. Ale będzie znakomity, bo ściśle przestrzegamy dwóch podstawowych zasad: znamy pochodzenie owoców oraz używamy dobrej jakości alkoholu do ich zalewania. Nie mam tutaj faworytów, aczkolwiek dobrze sprawdza się alkohol w spłaszczonych butelkach, którego nazwa kojarzy się z zupą (pamiętam, że jedli ją z przestrzelonego termosu Czterej Pancerni). Dbamy także, by dodatkowe składniki, jak wanilia, kardamon, czy miód były dobrej jakości. I nie pospieszamy! Większość owoców potrzebuje kilka miesięcy, żeby oddać całą swoją dobroć. W wielu przypadkach po zlaniu maceraty owoce można ponownie zasypać cukrem i dodać powstały syrop do nalewki. Albo wykorzystać jako dodatek do herbaty.

Startujemy więc z naszą nalewką z pigwowca (na wódce).

Będziemy potrzebować:

  • 2 kg pigwowca;
  • 1 kilogram cukru;
  • 2 litry czystej wódki (choć jej nie używamy nie od razu!)

 

Jak to robimy?

Owoce pigwowca należy dobrze umyć, pozbawiając meszku i gniazd nasiennych, pokroić w cienkie plasterki. Trzeba się przy tym napracować, bo owoce łatwo się poddają!

W słoju układamy owoce warstwami, każdą zasypując cukrem. Słój szczelnie zamykamy. Odstawiamy na 2-3 tygodnie, codziennie potrząsamy słojem pilnując, żeby owoce nie sfermentowały.

Po tym czasie dodajemy alkohol i odstawiamy. Po miesiącu otwieramy nasz słój z nalewką, przecedzamy płyn przez gazę, zlewamy do butelek. Na tym etapie możemy dodać wanilię, kardamon, anyż, miód… jak lubicie. Butelki odstawiamy do ciemnego, chłodnego miejsca. Z miesiąca na miesiąc nalewka będzie nabierać coraz piękniejszego i szlachetniejszego bursztynowego koloru, mocy i aromatu.

Nalewka to propozycja dla wytrwałych. Warto poczekać pół roku – albo i rok! – by później móc rozkoszować się smakiem, aromatem i cieszyć oczy kolorem (ta ze zdjęć poniżej ma 2 lata!). Szczególnie, że przyjemności w delektowaniu się nalewką towarzyszy coraz częściej zamiłowanie do kolekcjonowania pięknych karafek i kieliszków. Spróbujcie, a będziecie zachwyceni!

Jeszcze małe wyjaśnienie – bo możecie zapytać dlaczego zamiast pigwa, używam określenia pigwowiec… Jak twierdzą eksperci (a ja z nimi!) prawdziwą pigwę (Cydonia) mało kto zna i uprawia. A pigwowiec (Chaenomeles) zwany polską cytryną – to niezbyt wysoki ozdobny krzew, pochodzący z Azji Wschodniej. Wręcz banalny w uprawie, dorasta do 2 m wysokości, ma gęste gałęzie, czasem pokryte kolcami. Owoce pigwowca są bardzo zdrowe, pięknie pachną, no i można z niego zrobić nalewkę!

Tymczasem wracam do kuchni, bo śliwki smażą się na powidła! Do następnego razu!

PS. historię nalewek poznałam dzięki artykułom Pana Waldemara Sulisza, ojca chrzestnego polskich nalewek, pomysłodawcy i twórcy turniejów nalewek w Polsce: „Krótka historia nalewek w Polsce” oraz „Nalewki, które jeszcze zdążysz nastawić”, opublikowanych m.in. w Dzienniku Wschodnim

Dodaj komentarz