Tę opowieść powinniśmy zacząć w czerwcu roku 2000. Ignacy miał prawie 3 lata, a w Boże Ciało zagrała przed ratuszem Arka Noego. Właśnie rozpoczęły się obchody Jubileuszu 2000 w Skierniewicach. Wieczorem ugościliśmy Arkę kolacją, dziewczynki Friedrichówny poszły spać na naszych rozkładanych sofach z IKEI, a my z Dobrochną i Litzą do czwartej nad ranem graliśmy w scrabble. W większości wygrał Robert – wiem, bo do dziś w pudełku z grą mamy kartkę, na której zapisywaliśmy wyniki! A kilka dni później, przed poniedziałkowym świtem ruszyliśmy do Holandii. Po raz pierwszy pojechaliśmy na prawdziwy Zachód. Do Dronten we Flevolandzie, gdzie na stypendium przebywała Agnieszka. I to w Dronten zakosztowaliśmy holenderskich jabłek ze słoika.
Czy były lepsze od tych, które robiła moja babcia i mama Pawła? Nie wiem, natomiast przesmażone jabłka w słoiku były jednym z najczęstszych dodatków do naszych holenderskich śniadań, deserów i kolacji. Kupowane w markecie sieci Aldi w centrum Dronten, gdzie zaopatrywaliśmy się w holenderski chleb (dwa rodzaje: jasny i ciemny – smakowały tak samo, ale wiedzieliśmy, że musi być jakaś zasadnicza różnica), Martini, które piliśmy z zamrożonymi pomarańczami i ziemniaki, bez których kuchnia holenderska nie może się przecież obyć. To najwyraźniejsze wspomnienia kulinarne z tamtego niezapomnianego wyjazdu. Co myśmy przeżyli! W Amsterdamie prawie wjechaliśmy naszym punto do hali odlotów na lotnisku Schiphol, po raz pierwszy pojechaliśmy rollercoasterem w parku Six Flags (już nie istnieje), byliśmy na wyspie Urk, pojechaliśmy do Eindhoven, a nawet trafiliśmy do Brukseli, gdzie spędziliśmy noc na plebanii. Grając we francuskie scrabble… Do tego Kampen z podnoszonym mostem Kalverhekkenbrug i tradycyjnymi pannenkoeken, muzeum Rijks – gdzie widzieliśmy „Straż Nocną” Rembrandta, muzeum Van Gogha, Zuiderzeemuseum w Enkhuizen, no i Haga, i plaża nad Morzem Północnym! Kilka zdjęć Dronten poniżej – zastanawiam się, czy wtedy w roku 2000 była tam stacja kolejowa? Zdaje się, że nie, pociągi dojeżdżały do pobliskiego Lelystad – stolicy Flevolandu (sprawdziłam – dworzec został otwarty w roku 2012, w ramach dużego projektu rozbudowy kolei holenderskich).
A tymczasem… Wracamy do teraźniejszości, w której przyszła jesień, jeszcze kolorowa, ale już z deszczem i słotą. Podobno jesienią żadna aktywność nie jest bardziej korzystna od zbierania jabłek. Znawcy tematu twierdzą, że kiedy powietrze staje się ostre, a my wyjmujemy z szaf nasze ulubione swetry, jest tylko kwestią czasu, zanim poczujemy przemożną ochotę, by udać się do sadu. Bo jabłka są jednym z najbardziej popularnych i pożądanych składników z arsenału jesiennych przetworów – tu zdjęcia jabłkowych kompozycji ze Święta Kwiatów, Owoców i Warzyw.
Smażone jabłka – słodkie lub pikantne – mogą stać się wspaniałym dodatkiem do potraw, które dzięki obecności jabłka nabiorą nowego smaku i wymiaru. A wiec, Drodzy Czytelnicy, czas do kuchni! Smażymy jabłka do słoików!
Będziemy potrzebować:
( to oczywiście porcja podstawowa, od razu dodam – niewystarczalna)
- 2 kg jabłek;
- pół szklanki cukru trzcinowego (lub zwykłego);
- 1 łyżeczka łagodnego curry;
- 1 łyżeczka pasty lub ekstraktu z wanilii
Jak to robimy?
Bardzo prosto! Jabłka należy obrać, wydrążyć gniazda nasienne i pokroić w dużą kostkę. Wyłożyć na patelnię lub do rondla, dodać cukier, curry i wanilię. Prażyć 10-15 minut – w zależności od odmiany jabłek.
Nie zdziwcie się, jeżeli jedne zachowają kształt i sprężystość, a inne bardzo zmiękną podczas smażenia, a nawet nieco rozpłyną. Jak już kiedyś pisałam, pomologia jest wspaniałą dziedziną nauki i dzięki niej możemy wybierać spośród wielu odmian jabłek i uzyskiwać najróżniejsze konsystencje i barwy naszych przetworów. Przy okazji wspomnę, że nasz ubiegłoroczny calvados z polskich jabłek zrobił się już całkiem bursztynowy! Wygląda i smakuje wybornie…
Ale wróćmy do naszego przepisu. Po uprażeniu jabłek wkładamy je do gorących słoików (ja wyparzam słoiki w piekarniku nagrzanym do 100 °C). Szczelnie zamknięte możecie jeszcze poddać suchej pasteryzacji, tzn. wstawić do nagrzanego piekarnika i pozostawić je tam aż do wystudzenia. To wersja na zimę. Jabłka będą miały piękny złoto-bursztynowy kolor.
A dzięki dodatkowi curry i w połączeniu z wanilią – niezwykły smak. Nadadzą się do mięs na gorąco albo do ryżu. Jeśli nie chcecie eksperymentować i wolicie tradycyjne smaki możecie dodać do jabłek cynamon, szczyptę imbiru, goździki. Obie wersje znakomicie pasują do szarlotki lub drożdżowych bułeczek, na które przepis znajdziecie poniżej.
A więc przygotujmy: pół kilo mąki pszennej, 1 jajo, 125 g rozpuszczonego masła roślinnego (tak, tego z rocznika 1972, najlepszego! – choćby dlatego, że Dronten zyskało swoją nazwę 1 stycznia 1972, a na pewno jest co najmniej kilka innych powodów!), pół szklanki cukru, 50 g świeżych drożdży, pół szklanki wody, 1 łyżkę cukru i szczyptę soli.
Z drożdży, wody i cukru przygotowujemy rozczyn, odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. 10 minut. Z rozczynu i podanych składników zagniatamy gładkie, elastyczne ciasto. Powtórzę najważniejszą maksymę ciasta drożdżowego – na tym etapie nie podsypujcie mąki, ciasto wymaga cierpliwości i zainteresowania. Wyrabiane przez 15-20 minut odpłaci cudnym smakiem i strukturą, będzie delikatnie się rozwarstwiać. Ciasto odstawiamy na godzinę do wyrośnięcia, aż podwoi objętość. Formujemy małe bułeczki, nadziewając je pysznymi jabłkami. Ułożone na blaszce zostawiamy na pół godziny, żeby odpoczęły. Po tym czasie wkładamy do pieca nagrzanego do 180 ºC na 20 minut. Gotowe bułeczki po wyjęciu z piecu możecie polukrować lub posypać cukrem pudrem.
Jesień przyszła, nie ma na to rady! Ale my się nie poddajemy!
Życzę Wam dobrych przetworów!
Za tydzień świętujemy ze Świętymi, więc spotkamy się nieco później!